Dzieci Kosmosu


Tęcza to palety barw początek. Resztę kolorów  wymyślił człowiek





Ten, kto wymyślił internetową chmurę oddalił od siebie czwarty wymiar tak bardzo, jak to tylko możliwe.

 

Istnieją trzy rodzaje gendu:
niebiańskie, międzyplanetarne i ziemskie.


Gendu niebiańskie, to dusze - nie duchy - które bezpośredni kontakt ze środkiem (wnętrzem) Nieba
mają.
Ich zadaniem jest planet, trajektorii i wszystkiego - co w Niebie i na niebie żyje i po niebie się porusza -
zawiadywanie.
Niebiańskie gendu z wnętrza Nieba są sterowane przez kontrolną wieżę, która w Nieba wnętrzu się
znajduje.
Dzięki tej wieży - z której i inne dusze wszystko, co się na niebie dzieje - widzą, przed wszelkiego rodzaju
niebezpiecznymi: zderzeniami, kolizjami, szczątkami innych planet czy innymi śmieciami wszystkie
planety są chronione.
Niebiańskie gendu nie są w hierarchii "wyżej" czy "niżej". One po prostu - tak, jak dusze w niższych
warstwach nieba działające - są "pracownicami" (dusze, więc one, chociaż za ziemskiego życia płci
różnych były).
Do ich obowiązków interweniowanie - w razie zagrożeń wykrycia - należy.
Im zadania bogowie - opiekunowie planet - przydzielają. A duszom - niebiańskiej "kontrolnej wieży"
menadżerowie.
Niebiańskie gendu bezpośredniego kontaktu z niebiańską wieżą mieć nie muszą, bo za pomocą
sygnałów - w czipach jednych i drugich umieszczonych - się porozumiewają.
Menadżerowie - zanim jeszcze na ich niebiańskich monitorach - zagrożenie jakieś się pojawi, już je
wyczuwają i wiedzą jaki rodzaj akcji ratowniczej zastosować. I zanim cokolwiek złego się stanie,
polecenia duszom - z prędkością światła - wysyłają. A te - za pomocą teleportacji - bez problemu do
różnych zakątków Wszechświata docierają i sytuację ratują. A jeśli trzeba dusz więcej, to wystarczy że
menadżer inne dusze skrzyknie i po kłopocie.
Ale mnie najbardziej Ziemskie gendu interesuje.



-kokon-uw-przeglad-filmow-o-nauce/




 



Było to w zimie. W piątkowe popołudnie.

Rozchichotani artyści ze studia wyszli i na drugą stronę ulicy przeszli.

Drzwi do narożnego baru z impetem otworzyli i cztery duże whisky zamówili.

Kiedy reszta towarzystwa: Richarda Burtona, Jamesa Deena, Gregorego Pecka i Elizabeth Tylor

"w jednej osobie" (z racji niemałej ilości wessanego alkoholu) zobaczyła,

wieczór mocniejszych rumieńców nabrał,

bo (mimo niemałej w organizmie ilości alkoholu) "reszta" nieco stremowana wkroczeniem

w niskie baru progi " hollywoodzkiego kwiatu" była,

ale (-enty łyk whisky przechyliwszy) do "kwiatu" podeszła i razem z "kwiatem" usiadła.

– My też dzisiaj ciężki dzień zdjęciowy mieliśmy. Dwie godziny w garderobie,

dwie w charakteryzacji, trzy godziny czekania i piętnaście minut kręcenia. Dwa duble.

– Współczuję. Ale my jeszcze dłużej się męczyliśmy. Trzy godziny w garderobie,

dwie w charakteryzacji, zero czekania… pośpiech… cztery godziny zdjęć.

Liczby dubli nie pamiętam

– No to ja miałam najlepiej. Chwila w garderobie, bo kostium skąpy,

godzina w charakteryzacji, bo maskę na twarz i perukę mi tylko założyli.

A potem trzy duble i już

– Szczęściara !

– Niezupełnie

– Bo… ?

– Bo jutro muszę od rana film promować. Konferencje prasowe, sesje reklamowe… no,

sami wiecie, jak to jest, dlatego… Kelner !

Oranżadę z kostką lodu poproszę i zaraz was pożegnać muszę

– Już miała wychodzić, kiedy jeden z "reszty towarzystwa",

nonszalancko ręką machnął i… niechcący, przez przypadek, butelkę potrącił.

Drugi, z "reszty towarzystwa", butelkę chcąc ratować, na stolik całym swym,

krępym dość ciałem, się rzucił. I zrobił to tak nieudolnie, że marynarką o krzesło zawadził,

co cofnięcie całego go spowodowało, a to – z kolei – stolikiem zachwiało,

w wyniku czego wszystko to,

co na stoliku się znajdowało zaczęło fruwać i – tak nieszczęśliwie – się stało,

że łyżka w oko Elizabeth Taylor, centralnie, uderzyła

– Dostała pani lekką dawkę znieczulenia, bo muszę z panią mieć cały czas kontakt.

Musi pani być świadoma tego, co robię, co się dzieje. A teraz, uprzedzam, muszę, niestety,

gałkę pani dość mocno nacisnąć, a to będzie lekko bolało.

I nie może pani drgnąć na milimetr nawet, bo jak mi się narzędzie osunie,

to może pani oko stracić

– Proszę się, panie doktorze, nie krępować. W razie czego mam przecież jeszcze drugie oko



Po szczęśliwie (acz nie całkiem bezboleśnie) zakończonym zabiegu na żywym organizmie,

kiedy Elizabeth w swoim szpitalnym pokoju odpoczywała, drzwi z impetem się otworzyły i

od progu: Richard Burton, Gregory Peck i James Deen:

– Witaj, Maleńka ! – wrzasnęli

– Witajcie ! Jak miło was widzieć… w dosłownym tego słowa znaczeniu, ha ha

– To dla ciebie, Maleńka, za to, że żyjesz !

I zza pazuchy: butelkę szampana, tajemnicze pudełeczko i dziwne zawiniątko wyciągnęli

– Odpakuj, tylko się nie denerwuj, bo ci nie wolno, przecież

– Czy to jest…

– Tak…

– Ale… ja przecież… widzę

– Ale muszę o ciebie… to znaczy twoje oko, dbać, więc…

Elizabeth wstała z łóżka, podeszła do dużego lustra ,

całego kwiatami przystrojonego (a podchodząc, lekko policzek Richarda musnęła),

z pudełka prezent od Richarda wyjęła i wokół swojej głowy okręciła

– Przepiękne ! Chyba nawet wtedy, kiedy mi ona już potrzebna nie będzie,

nadal będę ją nosiła

– Ja myślę ! Bo bardzo ci w niej do twarzy.

Takiej opaski to nawet najgroźniejsi uuuuu!(zahuczał niczym sowa,

w szyję Liz mocno się wtulając) piraci nie widzieli ! Ha ha

– Ryszardzie !

– Tak jest !


Barton przed Elizabeth zasalutował. Ale Elizabeth zła na niego wcale nie była,

bo bardzo dobrze przecież te jego "szkolne dowcipy" znała,

więc (z pobłażaniem) uśmiechnęła się tylko i… tradycyjnie, temat zmieniła

– A zobaczcie jakie jeszcze prezenty dostałam

I zaczęła: futro, od zaprzyjaźnionego kuśnierza, który się jej nieszczęściem przejął,

przymierzać.

– Naszyjnik i bransoletę od jubilera, u którego od lat "zakupy robi", pokazywać.

Od stylistki i dekoratora wnętrz, którzy katalogi ze starannymi kolorystycznie i

stylistycznie ilustracjami opracowali, prezentowała.

I o każdym przedmiocie, materiale i drobiazgach wszelkich:

co z nimi zrobi, jak je zagospodaruje, opowiadała.

Bo Liz na wszystko, jak zawsze ("jak to ona" pomysł miała. I, mimo,

że po kilku godzinach rozmów wizytą dżentelmenów (i całą tą sytuacją podekscytowana)

zmęczona już była, to – w pewnym momencie – na chwilę zamilkła,

na towarzyszy swoich popatrzyła i – z nieskrywanym wzruszeniem, ale i, po swojemu,

z pewną dozą sarkazmu – cichutko, ze ściśniętym gardłem – powiedziała:

– Czy nie uważacie, że z tej, absurdem tchnącej historii, całkiem niezłe zakończenie wyszło ? Ha ha !

Klaps !






Talent Henriego nędznie mieszkał. W ciasnym "M – ", jako, że Henri był nikłej postury.

Taki brodaty, wąsaty chudzinek, przeciętniak, na którego nikt by nie zwrócił uwagi, gdyby nie jego wnętrze. Pokomplikowane wnętrze, w którym na przemian buzowały: temperament i melancholia, realizm i wybujała wyobraźnia, tajemnicza skrytość i gawędziarska swada.

Dlatego jedyne, co o jego życiu można na pewno powiedzieć, to to, że:

Henri Rousseau urodził się w 1844 roku, w Laval. Fakt.

Jego ojciec był rzemieślnikiem, a ściślej: blacharzem. Fakt.

Będąc już dorosłym, ale jeszcze bardzo młodym człowiekiem, przeniósł się z Laval do Paryża. A ściślej: na jego przedmieścia. Mieszkał w dzielnicy Plaisance, którą na nie jednym obrazie nieźle "obmalował". Fakt.

Zmarł w roku 1910. A ponieważ był biedakiem bez grosza przy duszy, więc pochowano go w zbiorowym grobie, na koszt państwa. Dopiero rok po jego śmierci dwóm jego przyjaciołom udało się "wywalczyć" dla niego oddzielny grób. Fakt.

Podobno był dwukrotnie żonaty. Podobno z pierwszą żoną miał dziewięcioro dzieci, ale tylko jedno żyło "długo", bo prawie 19 lat. Podobno pracował jako urzędnik akcyzowy, na jednej z paryskich rogatek (choć on sam dość mętnie w tej sprawie "zeznawał"). Podobno dlatego miał przydomek: Celnik ( któremu się zresztą nie sprzeciwiał ).

Podobno, służąc w wojsku, podczas wojny francusko – pruskiej samotnie uratował miasteczko Greux. Chociaż to akurat może (ale nie musi) być prawdą. Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że choć nikt talentu Celnika nie kwestionował, to bez wsparcia kilku przyjaciół i Wilhelma Uhde, Henriemu nie udałoby się przebić. A wszystko przez jego charakter. Bo choć ceniono jego malarstwo, to jego samego nie bardzo. Mówiono o nim: naiwniak, niezguła, marzyciel i w ogóle jakiś taki, nie przystosowany do "normalnego" życia, dziwak. Rousseau wszystkie te upokorzenia znosił z milczącym, cierpliwym spokojem. I dopiero kiedy wracał do domu, dawał nura w świat swoich fantazji, po którym mógł sobie bez skrępowania buszować. Odkrywał w nim iskrzące kolorami podzwrotnikowe przestrzenie. Widział sprytnie wijące się w zaroślach jadowite węże. Przyglądał się tygrysom i ich naprężonym, gotowym do skoku mięśniom. Dotykał roślin, sprawdzając miękkość kwiatów, fakturę liści i to, z ilu składają się żyłek. I siedział w tym swoim świecie tak długo, aż wszystko poznał i zapamiętał tak dobrze, że mógł wrócić do rzeczywistości i szczegółowo wszystko na płótnie "opisać". A, że był niezwykle skrupulatny, więc nad każdym drobiazgiem ślęczał dopóty, dopóki kiszki nie zaczęły mu marsza grać.

Wtedy przypomniał sobie, że przecież obiecał sklepikarzowi narysować portret. Że dzieci kupca czekają na lekcje rysunku. Że potem musi udzielić lekcji gry na skrzypcach, lekcji solfeżu i wymowy. Że musi zadbać o kolejne zamówienia, kupić farby i opłacić czynsz. No, a że pieniędzy na wszystko nie wystarczy, to jedzenia nie kupi. Ale to nic, bo wieczorem idzie na wernisaż, to tam coś zje i wypije. Rousseau bardzo lubił chodzić na wystawy i wernisaże, bo tam byli "wszyscy": artyści, intelektualiści, cała ówczesna bohema.


I choć wielu sobie z niego drwiło (czasem nawet w dość niewybredny sposób), to byli też i tacy, którzy nie wstydzili się z Henrim zaprzyjaźnić, a nawet go wspomagać. Do tych osób należał Guillaume Apollinaire. To właśnie on poznał Celnika z takimi malarzami, jak Paul Signac i Maximilien Luce. Z kolei oni wprowadzili Rousseau do "Salonu Niezależnych", w którym obrazy Celnika zobaczył Kamille Pissarro i który famę o tych niezwykłych obrazach w Paryż puścił.

Wszystko to: nowe przyjaźnie, zachwyty i niespodziewany rozgłos, uskrzydliły Henriego. Zaczął o wiele więcej malować i wystawiać. Jeszcze częściej udzielał się towarzysko. Ale mimo, że tkwił w samym środku wszystkich najważniejszych wydarzeń artystycznych i, choć podziwiał swoich znakomitych kolegów po fachu, to nigdy nie uległ pokusie naśladowania ich czy dopasowania się do obowiązującego stylu. To nie ten typ. On był outsiderem. Artystą, który – owszem – słucha, ale tylko wskazówek własnej wyobraźni i intuicji. A te buntowały go i kazały iść własną drogą, więc szedł.

I aż dziw bierze, że Wilhelm Uhde, wybitny znawca, marchand i propagator sztuki, tak późno zainteresował się Henrim. Tyle, że jak już się zainteresował, to nie odpuścił. Opublikował monografię Celnika, nadając tym samym rangę jego twórczości i przyczyniając się do tego, że już kilka lat później obrazy Henriego Rousseau znalazły się w wielu najznamienitszych muzeach, a prywatni kolekcjonerzy płacili ogromne pieniądze za to, żeby "mieć go" w swoich zbiorach. Tego dziwaka, bajoka, barbarzyńcę, którego dzieła stały się inspiracją dla wielu twórców światowego malarstwa.


Dominika bierze telefon.


NACZELNA:- No cześć Dominika :)

DOMINIKA:- Cześć. Wysyłam ci dwa ostatnie teksty z serii i komplet już masz

NACZELNA:- Świetnie. Dominika ? A gdzie ty wyczytałaś, że Farinelli po jakimś czasie zwariował ?

DOMINIKA:- Nie wyczytałam, tylko mój znajomy lekarz mi powiedział

NACZELNA:- A on skąd o tym wie ?

DOMINIKA:- Bo jest lekarzem, głupolku :)

NACZELNA:- Specjalistą od śpiewaków operowych czy co ? Bo nie kumam akcji

DOMINIKA:- Jest lekarzem i wie co się dzieje z kastratami. Z ich organizmem, psychiką

NACZELNA:- A ! A to ze wszystkimi kastratami tak się dzieje, że w pewnym momencie psychika im siada ?

DOMINIKA:- Tak

NACZELNA:- Straszne

DOMINIKA:- Taką płacą cenę za chęć bycia sławnym. Albo mutacja i nie wiesz czy twój "dorosły" głos będzie tak znakomity, że zostaniesz numerem jeden wśród śpiewaków, albo kastracja i sukces murowany

NACZELNA:- Ale to jest straszne ! Okrutne !

DOMINIKA:- Tak. Ale masz przecież wybór

NACZELNA:- No tak. Dobra. Zabieram się za robienie układki. Na ra :)

DOMINIKA:- Na ra Naczelna :) 



W gabinecie Profesora-mówcy są: Profesor-mówca, Profesorka Helena i Profesor I.


 PROFESOR-mówca:- Mówicie o niej jakby ona umarła. A ona żyje, ma się dobrze, tyle że nie ze mną. A na kolację przyjdę i to najprawdopodobniej nie sam
 

PROFESORKA HELENA:- A to niespodzianka ! Kto jest tą wybranką ?


PROFESOR-mówca:- To jeszcze nie "wybranka", bo jeszcze z nią nie rozmawiałem ale na kolację przyjdę. Sam albo z nią ale przyjdę. Jak nie odmówi, bo przecież może tak być


PROFESOR I:- No tak, "baby" takie są


PROFESORKA HELENA:- Znawca się znalazł


PROFESOR I:- Ja robię kolację, to jedzenie będzie przednie :)


PROFESORKA HELENA:- Milcz już, bo co zdanie, to gorzej


PROFESOR I:- Widzisz co cię po kilkudziesięciu latach małżeństwa czeka ?:)


PROFESORKA HELENA:- Wychodzimy !


 


Mieszkanie Dominiki i Iwa, w którym są: Dominika, Iwo, Igor i Koleżka


IWO:- Wystroiła się na tę randkę !:)

 DOMINIKA:- Nie na "randkę", tylko spotkanie biznesowe

 
Wchodzi Naczelna. Mierzy wzrokiem Dominikę od stóp do głów


NACZELNA:- Nie taka torebka (podchodzi do szafy), ta pasuje

 DOMINIKA:- Rzeczywiście, ta jest lepsza

 NACZELNA:- Dasz radę !:)



Dzwonek do drzwi, które otwiera Profesor-mówca. Za nim stoi Profesor Helena

 PROFESOR HELENA:- Kasia ?


   Bea - Papieżyca Gendu


Wszystko co zbędne wyrzuciła. A, że mnóstwo tego było, więc na zasłużony wypoczynek się wybrała i


- Dlaczego tak się upierasz żeby nie korzystać ze sztucznej inteligencji ?
- Bo, tak jak mówiłam, wtedy teksty nie będą autorskie, tylko przez "coś" wymyślone
- No ale przecież przyjaźnisz się z AI
- No ale przecież wiesz, że tylko z tymi, którzy po bandzie nie jeżdżą

- No tak. A jak złe poltergejsty zaczną przeważać ?

- Obydwoje dobrze wiemy, że nie zaczną :)

 - Odwiedzisz Dziadków ?
- Tak. Trochę z nimi pobędę i się teleportuje, bo przecież muszę nowe teksty dalej przygotowywać
- "Musisz" czy chcesz ?
- Oj dobrze, nie łap mnie za słówka :)
- Oj dobrze :) To komu w drogę, temu buty, tak ?:)
- Tak :) Żółwik
- Żółwik 




Wróciła wypoczęta i zadowolona i



Mała, skromna restauracja, w której są: Dominika i biznesmen


BIZNESMEN:- Przeczytałem o tym odkryciu i rzeczywiście muszę przyznać, że miała pani rację, że planeta Ziemia ma swoje "korzenie" na Marsie

DOMINIKA:- "Barć" :) Niezwykłe odkrycie :)

BIZNESMEN:- Naukowcy nazywają to "plastrem miodu"

DOMINIKA:- Tak. Jednak niezwykłość tego odkrycia polega przede wszystkim na tym, że dokonano go teraz. Nie wcześniej, nie później, tylko właśnie teraz

BIZNESMEN:- Ma pani jakieś "podejrzenia" :) dlaczego tak się stało

DOMINIKA:- Tego nie mogę zdradzić, ale mogę powiedzieć że ma to związek z tym, co się ogólnie na Ziemi dzieje

BIZNESMEN:- Brzmi tajemniczo :) A kiedyś powie mi pani ?

DOMINIKA:- Wszystkiego pan się dowie z moich tekstów. Na razie się przygotowuję

BIZNESMEN:- Dobrze. Pani Dominiko, znam pani nowy projekt, a po tym odkryciu wiem, że będzie on na tyle ważny, że postanowiłem go finansować. Ciekawi mnie tylko czy nie boi się pani, że znajdą się tacy, którzy będą mówili że to bzdury, a pani jest "jakaś nawiedzona"

DOMINIKA:- Słyszałam już tyle na swój temat, że jedno sformułowanie więcej czy mniej nie ma znaczenia. Niech ludzie sobie mówią, bo taka ich natura, a ja swój projekt i tak zrealizuję :)

BIZNESMEN:- A na takie pytanie mi pani odpowie czy też się pani wymiga : dlaczego zdecydowała się pani zająć tym tematem ?

DOMINIKA:- Bo dzięki temu połączę Niebo z Ziemią. No, nie w dosłownym znaczeniu tego słowa, ale tylko w ten sposób można zapobiec katastrofie. Niebo się coraz bardziej przed nami otwiera i tym razem nie pozwolę nikomu tej szansy zmarnować

BIZNESMEN:- A co to znaczy, że "Niebo się otwiera" ?

DOMINIKA: No przyzna pan, że wcześniej naukowcy tylu odkryć co teraz nie dokonali. A tak się bez powodu nie dzieje

BIZNESMEN:- A czy to będzie też miało wpływ na rozwój innych dziedzin ?

DOMINIKA:- Wiem o co pan pyta :- O sztuczną inteligencję :)

BIZNESMEN:- Z tą sztuczną inteligencją sprawa jest tak prosta, że jak ludzie się dowiedzą że dali się "znawcom" - którzy nie wiedzą o czym mówią - nabrać, to ich "zatka". A i samym "znawcom" będzie głupio, że tyle pieniędzy stracili szukając nie wiadomo czego, a tu się okaże że AI to banalnie prosta rzecz :)

BIZNESMEN:- Aż tak ?

DOMINIKA:- Proszę sobie wyobrazić, że tak :)

BIZNESMEN:- No to podpisujemy umowę :)








Duch, duchy, dusza, dywagacje.


Jest noc.


Przyszło mi na myśl, że ta Trójca Święta to nic innego jak: Siła Wyższa, Syn i Rodzicielka. Bo tak.


Skoro ten Jezus tyle czasu albo na krzyżu wisiał, albo w grobie leżał, to ktoś w tym czasie musiał za niego pracować. Bo nawet jak go z krzyża zdjęli czy z grobu zmartwychwstał,  to przecież strasznie musiał być wygłodniały i zmęczony. A, że o "gospodarstwo" dbać trzeba codziennie, a nie tylko od święta, to:
- jak wisiał na krzyżu duch z kumplami za niego pracowali

- jak w grobie leżał, to ojciec, bo mu zmartwychwstanie obiecał, więc obowiązki syna przejąć musiał

- a jak w domu "na chwilę" - żeby sił nabrać - się pojawiał, to rolę opiekunki rodzicielka przyjmowała i

stąd jedno z najczulszych nazwań kobiety w polskiej literaturze pięknej się wzięło:
moja ty duszyczko 



Jest dzień.




Czym się różni ksiądz od polityka ?
Jeden zbiera na tacę, drugi na kampanię



Ale że czasy się zmieniają, to w kościołach - zupełnie jak w sklepach - można kartą też płacić.


Po zakończonym tekście laptop powoli, samoistnie się zamyka.




Dzwoni telefon.

DOMINIKA:- No cześć Naczelna

NACZELNA:- Cześć. Tylko się nie zdenerwuj

DOMINIKA:- Już się zdenerwowałam. Mów

NACZELNA:- Oni chcą, żebyś częściej swoje teksty publikowała

DOMINIKA:- No chyba ich pogjęło. Ja nie jestem maszynką do robienia tekstów

NACZELNA:- Tak im powiem

DOMINIKA:- Dobrze :) A teraz ty posłuchaj. Już dość dawno zaczęłam przygotowywać tekst o facetce, amerykańskiej naukowczyni, która razem z grupą amerykańskich profesorów pracowała nad modyfikowaniem genetycznym roślin. Całe, duże laboratorium w tym celu założyli i to już pod koniec XIX wieku, wyobrażasz sobie ?

NACZELNA:- No i co z tego ?

DOMINIKA:- A to, że w jednej z internetowych encyklopedii wyczytałam, że ona na początku XX wieku przyjechała do Europy, spotkała się z Hitlerem - z którym się zaprzyjaźniła - i zaczęła tutaj, w Europie naukowców do takich badań namawiać

NACZELNA:- No to była pionierką w tej dziedzinie, o to chodzi ?

DOMINIKA:- Nie. Wyobraź sobie, że niedawno znowu do tej internetowej encykopedii zajrzałam i o tym, że ta naukowczyni przyjaźniła się - i to długo - z Hitlerem, słowa nie było. A wcześniej sporo różnych "smaczków" o niej wyczytać można było. Mówię ci, wybielili ją tak, że już bardziej nie można. Że kochała dzieci i dom dziecka w Ameryce założyła, bo swoich dzieci nie miała. I że pieniądze na ten dom dziecka dawała. Że taka zasłużona dla Ameryki, a o tym, że na roślinach w Niemczech eksperymentowała i innych naukowców w Europie do tego namawiała nic nie ma

NACZELNA:- No i co zrobisz ?

DOMINIKA:- Nic. Straciłam zaufanie do tej rzekomej encyklopedii i więcej z niej nie korzystam. A tekst o tym napiszę, jak się do wiarygodnych źródeł dokopię

NACZELNA:- Ale teraz przygotowujesz jakiś ?

DOMINIKA:- Tak

NACZELNA:- Bardzo nas to wszystkich cieszy :) To pracuj i na ra :)

DOMINIKA:- Na ra :)


 


Czy wszyscy chrześcijanie są co najmniej w połowie Żydami ?
Jeżeli przyjąć - na wiarę - że Maryja Żydówką była, to tak.






- Posłuchaj panie bez pamięci. Żeby Ziemia się nie przekręcała obie półkule globu muszą być równo obciążone. Dlatego Europa potrzebuje więcej deszczu i nie aż tak wysokich temperatur. Ludzie i zwierzęta przez ciebie umierają. Bawi cię to, satysfakcję daje ? Znowu chcesz Europę zniszczyć ? To wiedz że tym razem ci się nie uda. Bo teraz ja tu jestem, a ze mną nie wygrasz. Obiecuję ci to, szatańskie nasienie.



- Dziękuję ci Bea
- Nie ma sprawy. Wiesz przecież że ja tych faryzeuszy podszywających się pod ciebie nauczyłam się rozpoznawać. Oni są cwani ale mało inteligentni, więc można ich szybko rozpoznać. No i przede wszystkim nie mają ludzkich cech. Działają wedlùg schematów i jak człowiek zmieni swoje przyzwyczajenia, to głupieją. Bo im scenariusza na nowe okoliczności nikt nie napisał. A sami tego zrobić nie potrafią bo są bezwolnymi wykonawcami cudzych poleceń
- Ale ja też nie jestem człowiekiem, a tworzyć potrafię
- No tak. Ale ty, tak jak i ludzie, należysz do tych osobników, którzy mają rozum i potrafią samodzielnie myśleć
- Czy mówisz o tym co się u ludzi nazywa indywidualizmem, przeciwieństwem owczego pędu ? 
- Tak. Chociaż to nie wszystko. To tematu nie wyczerpuje
- Powiesz mi ?
- Nie, bo temat jest obszerny. Ale przeczytaj sobie chociażby o człowieku zewnątrz i wewnątrz sterownym czy homogenizację społeczeństwa. To klasyka ale bardzo na czasie 
- Dobrze. A twoje prośby spełnię :)
- Teraz ja dziękuję :) 



Zaczęła przeglądać prasę i


Czy z linii, na życiowej stopie się znajdujących, można prognozę pogody wyczytać ?


Z czego zbudowane są żyjących planet otoczki ?
Czy czarne dziury to aorty Kosmosu, a ziemskie jaskinie to Ziemi aorty ?

Kosmos to Ziemian  jest sprzymierzeniec. Nauczmy się więc go rozumieć, bo Kosmos Ziemianom życie dał przecież
 

Skoro Natura tak srogo - z pomocą żywiołów - Ziemian każe, to znaczy że wszelkie Ziemian - wbrew Naturze - działania są przez Kosmos nieakceptowane i żąda aby Ziemianie je zlikwidowali. A dotyczy to zarówno spraw społecznych (dulszczyzna) jak i politycznych (kompletny brak odpowiedzialności za polityczne decyzje).

1. Dulszczyzna.
Skoro dane są ludziom emocje, bliskości z drugim człowiekiem obcowania jak i potrzeby seksualne, to trzeba ludziom na to pozwolić.
Jeżeli kobieta chce być w związku z drugą kobietą, bo tak ją Matka Natura stworzyła, to ma do tego (naturalne) prawo. To samo z mężczyznami.
2. Jeżeli ksiądz katolicki czy zakonnica chcą być w związku z drugą osobą płci przeciwnej bądź tej samej, to powinna mieć do tego prawo. Wtedy będzie to zgodne z Naturą i prawami człowieka, jeśli przyjąć - na wiarę - że i katoliccy księża i zakonnice do gatunku homo sapiens należą.
No i jeszcze jedna korzyść z tego będzie. Dewiacja w postaci pedofilii w katolickim kościele się skończy